QBusiness.plReNews.plKontakt Spotkania biznesowe Polityka cookies Partnerzy Newsletter Reklama O nas
QBusiness.pl
spotkania biznesowe
Szukaj 
Banner

O NAS

OFERTA

NEWSLETTER

SPOTKANIA

KONTAKT


Partnerzy:
Wrocław
BCC
WCL DFG
DIG
Dolnośląska
Izba
Gospodarcza
stowarzyszenie
Stowarzyszenie
Przewoźników
Drogowych
InWroc MRN
Ślęza

Bieda w budżetówce aż piszczy. Podwyżki dla nauczycieli to szczyt marzeń dla części urzędników

wykres


Nie więcej niż 1,9 tys. zł na rękę. To zarobki armii blisko stu tysięcy urzędników w całej Polsce. Pracownicy sądów, prokuratur, muzeów i bibliotek z zazdrością patrzą nawet na obecne pensje nauczycieli. A to może zwiastować kolejne problemy PiS.


Nauczyciele, taksówkarze, niepełnosprawni, rolnicy, górnicy. Lista grup społecznych czy zawodowych zapowiadająca kolejne protesty stale się wydłuża. Tuż obok są ci, którzy strajkować na razie nie będą, choć też pracują w budżetówce. I bardzo często zarabiają zdecydowanie mniej niż nauczyciele.


Żądanie 1000 zł podwyżki netto to dla nich czysta abstrakcja. Dziś w ciągu miesiąca muszą wyżyć za niewiele większe pieniądze.


Jak wynika z szacunków money.pl, w Polsce blisko 100 tys. pracowników administracji publicznej nie dostaje właśnie więcej niż 2 tys. zł na rękę. Takie zarobki ma na przykład doktor nauk humanistycznych w jednym z małopolskich muzeów. Podobnie zarabiają często ci, którzy dbają o codzienną obsługę prokuratur i sądów.


- Czasy myślenia o instytucjach publicznych jako dobrym pracodawcy minęły bezpowrotnie. Dziś nie ma nawet chętnych do pracy. A ludzie nawet nie myślą o wakacjach, dokształcaniu się, zakładaniu rodziny. Nie mają za co. Nie stać ich często nawet na kredyt - mówi money.pl Andrzej Rybicki, przewodniczący Sekcji Muzeów i Instytucji Ochrony Zabytków NSZZ Solidarność.


I żartuje, że w Polsce wciąż wiele osób pracuje dla idei. Bo pieniędzy z tego nie ma żadnych.


- Nie podpalimy opon, nie rozrzucimy narzędzi, nie wyciągniemy kilofów, nie zablokujemy ulic i nie będziemy blokować autostrad - mówi Andrzej Rybicki. - Pracownicy kultury nigdy nie sięgną po takie metody walki o zarobki, bo nie mają takich możliwości. Najczęściej mamy jedną broń: śmiech przez łzy. Możemy powtarzać w kółko, że bibliotekarz nie wyżywi rodziny książkami, a muzealnik eksponatami. Możemy tylko powtarzać, że od lat czujemy się po prostu dziadami - dodaje.


I podaje powody dziadowania. Doktor nauk humanistycznych z 15-letnim stażem pracy w muzeum co miesiąc na koncie widzi 1988 zł wypłaty. To pensja na rękę, wynagrodzenie brutto to około 2,7 tys. zł. Bibliotekarz z pięcioletnim stażem może liczyć na 1,7 tys. zł na rękę. Wynagrodzenie brutto to w tym wypadku 2,3 tys. zł.


- Są miejsca w Polsce, w których żaden z pracowników, z wyjątkiem zarządzających, nie dostaje więcej niż 3 tys. zł brutto. A przecież doskonale wiemy, że z wypłatą brutto do sklepu nie idziemy. Ważne jest to, co mamy na rękę - mówi money.pl Rybicki. I przypomina, że niektórzy ostatnie podwyżki widzieli… w 2003 roku, czyli za rządów SLD, Unii Pracy i PSL.


- Awanse w kulturze w większości przypadków nie wiążą się z żadną zmianą pensji. Pensji nie podwyższają ani tytuły naukowe, ani języki obce - mówi. I zdarzają się przypadki, gdy pracownik ma 30 lat pracy na karku, a wciąż zarabia jak "młodszy bibliotekarz".


Mediana płac (w kulturze) według danych NSZZ Solidarność wynosi około 3 tys. zł brutto. To pensje blisko 15 tys. osób, które pracują w muzeach.


I nie są to wyłącznie problemy jednostek kultury. Z uciekającymi pracownikami od kilku lat boryka się również Zakład Ubezpieczeń Społecznych.


Referenci i inspektorzy (w sumie blisko 10 tys. etatów) mogą liczyć na średnie wynagrodzenie od 3 do 3,6 tys. zł brutto. Na rękę mają więc od 2 do 2,5 tys. zł. Związki zawodowe w ZUS podkreślają co rusz, że to stawki dla centrali, bo w mniejszych miejscowościach jest dużo gorzej.


Źródło: money.pl

10.04.2019


Tagi: sfera budżetowa, zarobki